Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

 

KOŚCIÓŁ? Nie, dziękuję – wolę PRAWDĘ I WOLNOŚĆ...

 

Na każdego przychodzi czas, kiedy nie wszystko to, co było, jawi się mu jako bezdyskusyjnie słuszne. Poznanie i wiedza, doświadczenie i mądrość, otwierają przed człowiekiem szersze perspektywy i pozwalają na dojrzalsze decyzje. Struktury Kościoła dają bezpieczeństwo bytowe i jakiś pomysł na życie, ale nie niosąc w sobie logicznej zgodności z Ewangelią obrzydzają życie swym immanentnym zepsuciem, w rzeczywistości przecząc temu, co Kościół powinien głosić. Aby nie iść pod prąd własnym przekonaniom i nie popaść w egzystencjalny marazm, lepiej odejść niż ciągle szukać uzasadnienia dla czegoś, co uzasadnić się nie da. Lepiej iść dalej niż stać w miejscu.

 

Życie zakonne może być radosnym sposobem kroczenia przez świat korespondującym z przesłaniem Ewangelii, jeśli towarzyszy mu głęboka wiara w to, co naucza Kościół. Łatwo być w Zakonie akceptując wszystkie prawdy wiary, nie nadwyrężając przy tym rozumu, który w wielu kwestiach nakazuje dystans jeśli nie sprzeciw. Na przykład to, co nazywamy zbawieniem, osiągalne jest według tradycji katolickiej przez przyjęcie Chrystusowego Krzyża i wspólnoty Kościoła, ale zdaje się, iż możliwe są też inne drogi zbawienia. Trudno bowiem uwierzyć, aby w dzisiejszym medialnym świecie ktoś nie słyszał o Chrystusie i Jego Krzyżu, trudno też przyjąć, aby wszyscy, którzy żyją w dystansie do Niego i Kościoła, ale w przekonaniu do własnej wiary, skazani byli na zatracenie. Istnieje wiele innych prawd wiary budzących wątpliwości, które nie sposób bez przekonania podawać innym do wierzenia. Sporo jest też sugestii moralnych Kościoła, które ciężko jednoznacznie przyjąć i jeszcze trudniej innym głosić. Do Boga można iść tak jak wierni Kościoła katolickiego, ale można też inaczej. Dotyczy to kwestii doktrynalnych, moralnych, kościelno-dyscyplinarnych jak i pobożnościowych. Prawdy uznawane przez wieki za niezmienne nie zawsze wytrzymują krytykę rozumu, czasem mu przeczą, albo przynajmniej wzbudzają wątpliwości i niedowierzanie. Z czasem są kwestionowane przez sam Kościół a nawet wykreślane z oficjalnego katalogu. Czy warto więc radykalnie żyć dla przypuszczeń, wątpliwych przekonań, założeń opartych wyłącznie o tzw. autorytet eklezjalny, który tyka w rytmie stuleci, a człowiek żyje z dnia na dzień?

 

Struktura Kościoła, przejęta ze struktur cesarstwa rzymskiego, przepojona dostojnością i tryumfalną wielkością wzbudza w człowieku postawę pokory i uniżenia, jaką należałoby przyjmować jedynie wobec Boga. Czy utrzymywanie struktur i wątpliwego systemu za wszelką cenę, najczęściej kosztem wypalenia jednostek, może być sensem i motorem życia? Zrobienie kariery w Kościele i Zakonie jest nadzwyczaj łatwe, jeśli posiada się odpowiednie zdolności lub przynależy do odpowiedniej grupy. Ale czy życie dla kariery może wypełnić podstawowe tęsknoty człowieka? Struktura Kościoła i Zakonu jest taka, iż gwarantuje swoim „robotnikom” wygodne i łatwe życie, ale znowu czy wygoda życia może być jedynym motywem trwania w tzw. „powołaniu”? Braterska miłość uzasadnia trwanie swoistego komunizmu w Zakonie, wszyscy są braćmi z równym dostępem do wykształcenia, urzędów i wspólnego dobra, jednak kierowanie i zarządzanie wspólnotami wymaga kompetencji i predyspozycji, nie każdy może być przewodnikiem i zarządcą. Czy poddanie się kierownictwu i woli niekompetentnych i niepredysponowanych przełożonych jest zaskarbianiem sobie Królestwa Bożego?

 

Ktoś powiedział, że człowiek żyje dla Boga i to stanowi pełny sens jego egzystencji. W szerokim sensie można to twierdzenie w pełni zaakceptować, w wąskim jednak pojawiają się pewne zastrzeżenia. Mówi się, że mężczyzna powinien w życiu wybudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Po takich sukcesach może stwierdzić, że jego życie miało sens, nawet jeśli w dziele tym nie uwzględnił miejsca dla Boga. Boga z pewnością nie da się wymazać z życia żadnymi deklaracjami, zaniedbaniami czy lekceważeniem Jego Praw. Bóg jest. Nawet jeśli milczy. Jest to tajemnica, którą należy przyjąć. Tajemnicza i raczej niespójna jest próba realizacji tego potrójnego „sukcesu” mężczyzny dokonywana wśród duchownych poprzez budowę kościoła, plebani czy klasztoru, pielęgnację ogródka, stawu czy zagajnika oraz przez skrupulatnie rejestrowaną ilość ochrzczonych, dopuszczonych do Komunii czy bierzmowanych dzieci. Sukcesy te dają niektórym wystarczające poczucie sensu życia, bądź też rekompensują nieosiągnięcie innych. I to jest również tajemnica, przed którą zapewne należy nisko się pochylić, ale czy da się w pełni dla niej żyć? Wartość harmonijnej rodziny wydaje się być jednak celem nadrzędnym, wszystkie inne "powołania" godnym podjęcia dodatkiem, uzupełnieniem, ale nie sensem życia. Pewnie lepiej można zrealizować się jako mężczyzna w tradycji wschodniej, która otwarta jest na takie formy, ale w tej tradycji też mnóstwo sprzeczności i braku rozumności. Tradycja katolicka dopuszcza możliwość podwójnego życia. W takiej sytuacji lepiej jednak odejść, aby nie ryzykować dwutorowości w życiu i by uniknąć duchowej schizofrenii.

 

Wiele jest dróg prowadzących do Boga. Czasem trzeba zmienić drogę, by nie wypalić w sobie zapału do życia w ogóle. Zmiana drogi nie oznacza, iż cel przestaje być aktualny, iż staje się on nieosiągalny lub nieważny. Aby być w porządku wobec siebie, trzeba zdecydować się na jedną drogę, która nada pełniejszy sens ziemskiej egzystencji. Nie jest dobre kroczenie dwoma drogami równocześnie, nawet jeśli doświadczenie innych mówi co innego. Aby uniknąć frustracji, nałogów i innych patologii, należałoby iść nową drogą - tak jest uczciwie i bardziej wiarogodnie.

 

Łatwo jest głosić „prawdę” i nią żyć, jeśli przyjmuje się ją jako wykładnię nie podlegającą rozumowej analizie. Jeszcze łatwiej jest wówczas, kiedy szuka się jej wyłącznie w tradycyjnej teologii „polskiej”: szczelnej, ukierunkowanej, broniącej systemu i struktur, zamkniętej zaś na wieloaspektowość owej „prawdy”, która traci swój absolutyzm już po wstępnej analizie. Łatwiej tkwić w strukturach Kościoła, żyć w zakonie, kiedy nie zastanawia się nad doktryną i moralnością, bo wówczas nie dochodzi się do paradoksów a czasem zaprzeczeń, które to osłabiają zapał do trwania w powołaniu. Trudno poświęcać życie dla wątpliwych doktryn i jeszcze trudniej te wątpliwe tezy innym głosić. Człowiek myślący musi mieć dystans do niektórych definicji, twierdzeń doktrynalnych czy zaleceń moralnych, bo nie da się ich po ludzku zaakceptować.

 

Wiara jest darem a przede wszystkim to rozumna decyzja, pewnie można ją stracić lub zmienić, ale przecież ona może też ewaluować, dojrzewać i niekoniecznie pokrywać się z tym, co głosi definitywnie i bezdyskusyjnie Kościół. Wiara to coś więcej niż zbiór twierdzeń i z pewnością nie może być ona nierozumna. Jej podstawą jest osobista więź miłości i zaufania, ale Bogu - nie systemowi i strukturom, czy prawodawcom będącym na usługach systemu i struktur. To właśnie więź z Bogiem i jej wierność prowadzi wielu poza klasztorne mury i poza kościelne wspólnoty. Nie chcą oni udawać, że wierzą w coś, co jest według nich niemądre, nieludzkie i nielogiczne. Wiara jest zawsze logiczna i rozumna, bo jest boska. Kiedy jednak ktoś zakwestionuje jakąś prawdę wiary, pociąga to za sobą zakwestionowanie innej i w końcu brakuje motywacji i sensu. Niezrozumienie Krzyża ma konsekwencje w nauce o eucharystii, kapłaństwie i życiu zakonnym. Oto przykład:

 

Czy rzeczywiście odkupienie odbyło się przez Krzyż? Czy Bóg mógł wymagać takiego nieludzkiego aktu? Czy chrześcijanie nie „ubóstwili” ofiary krzyżowej, przypisując jej ekspijacyjną moc? A może wpływ na takie rozumienie miała mentalność i kultura ówczesnego świata, w którym roiło się od bóstw domagających się ofiary z ludzi? Może więc tak zrozumiano Krzyż, bo tak było łatwiej i tak sugerowało najbliższe otoczenie?

Nie można kwestionować wartości ofiary, ale można upatrywać jej gdzie indziej. Fascynująca jest biblijna scena "ofiary Abrahama z Izaaka" (Rdz 22, 1-19). To ciekawa historia. Abraham słyszy nakaz Boga, aby złożyć w ofierze swego jedynego syna. Brutalny nakaz Boga. Niektórzy tłumaczą, że Bóg chciał wystawić Abrahama na próbę. Ale co to za Bóg, który wodzi na pokuszenie, nakazuje mordować, wymazywać z życia tego, kogo się najbardziej kocha, kto jest jedyny?  Po co Bogu dowody posłuszeństwa, czy nie jest on wszechwiedzący? ... Ale czy Bóg naprawdę nakazał zabijać Abrahamowi? Abraham mógł tak to zrozumieć, bo żył w środowisku, gdzie ofiara z ludzi była znaną praktyką. Ale Bogu chodziło raczej o coś innego. Kiedy Abraham oszczędził syna i zszedł z góry, wrócił razem ze sługami do domu. O dziwo nie ma tam mowy o synu Izaaku. Syn poszedł swoją drogą. Głos sumienia Abrahama, który najpierw nakazywał mu być posłusznym Bogu i oddać w ofierze syna, domagał się aktywacji rozumu, który z kolei podpowiadał, iż Bóg nie chce śmierci syna, ale domaga się od Abrahama, aby ten oddał go niczym ofiarę, czyli zrezygnował z naturalnej ojcowskiej miłości, która przywłaszcza sobie syna i chce nim dysponować (syna jedynego, wyczekiwanego do późnej starości). Bóg chciał, aby Abraham pozwolił synowi wieść własne życie, samemu decydować o sobie, iść własną drogą. Nikt nie jest własnością drugiego człowieka. Nawet w związku nikt nie może dysponować drugim, decydować o jego losie i na siłę dyktować mu scenariusz życia. Ofiara Abrahama, choć na pierwszy rzut oka wydaje się brutalna, w rzeczywistości jest apelem o wolność człowieka.

Teolodzy widzą w ofierze Abrahama zapowiedź ofiary krzyżowej Jezusa. Bo Ojciec umiłował świat i dał swego Syna, aby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne (por. J 3,16). Wydaje się jednak, że nie ma łączności ofiary Abrahama z krzyżem. Krzyż to dzieło człowieka, który nie przyjął Bożego Syna (?). Widzę natomiast łączność ofiary Abrahama z ewentualnym wcieleniem "Syna Bożego". Bóg składa swego Syna w ofierze, kiedy pozwala Mu iść swoją drogą, drogą ludzką, ziemską, tą z Betlejem (Nazaretu) do Jerozolimy i potem niestety na krzyż. Ofiarą Boga była rezygnacja z roszczeń wobec Syna, Jego decyzji, Jego drogi. W konsekwencji rezygnacja Boga ze swego bóstwa, po to, aby stać się w pełni człowiekiem, wolnym i kochającym, bo pragnącym dla ludzkości samego dobra: Chrystus po to przyszedł na świat, aby przypomnieć o miłości Boga i bliźniego, aby ludzie się nie wyzabijali, lecz żyli w pokoju i miłości. W tej perspektywie widać łączność między ofiarą Abrahama a ofiarą Boga, które nie mają nic wspólnego z przelewem krwi, męczarnią, ale z rozumną decyzją, aby pozwolić drugiemu być wolnym i samemu decydować o sobie. W takiej perspektywie inaczej widzi się eucharystię, kapłaństwo, życie zakonne i wszelką formę wyrzeczenia. Wszystko to traci swój dotychczasowy sens, ale czy nie mają te rzeczywistości właśnie tego prawdziwego, nowego sensu: żyć z Bogiem w wolności, do jakiej wzywa nas Bóg?

 

Teza ta może odwieźć od tradycyjnej, wyuczonej wiary, choć może warto przeanalizować niektóre jej wątki na nowo....

 

Doświadczenie Kościoła zachodniego, wnikliwa obserwacja polskiego i świat zakonno-eklezjalnych reguł, ustaleń pozakulisowych, planów strategicznych dają obraz rzeczywistości wyjątkowej, ale nie ze względu na obecny w niej pierwiastek boski, tylko dominant „nieludzko” ludzki. Kto więcej wie (np. z teologii czy historii) albo więcej widzi (np. funkcjonowanie struktur od środka) zadaje sobie pytanie wprost: czy doktryna i moralność ma służyć człowiekowi (ku zbawieniu), czy też człowiek ma służyć doktrynie i moralności (dla systemu)? Największe nadużycie w tej logice zauważa się w instrumentalizacji sakramentów, które mają być z definicji miejscem spotkania z Bogiem, a nie narzędziem dyscypliny czy przedmiotem nagród i kar (aborcja, in vitro, rozwiedzeni). Warunkiem przystąpienia do Komunii nie może być odpowiednia dyspozycja moralno-prawna, ale przede wszystkim wewnętrzna potrzeba i wiara w autentyczność spotkania.

 

Trudno zaakceptować strukturalne nadużycia w Kościele i Zakonie, nie da się ich niestety uniknąć. Struktury te niemal ze swej immanencji prowadzą do patologii, a z założenia powinny służyć jednostce i wspólnocie. Idealizm jest jednak odmiennym biegunem realizmu. Struktury wspierają jednostkę, lecz tą wybitną albo skorumpowaną; budują wspólnoty, ale zagubione i niewolnicze lub prężne i prosperujące, ale kosztem innych. Pośrodku tych wspólnot jest natomiast szeroka szara strefa, bez perspektyw i wizji. I właśnie tej szarej strefie należałoby dać najpierw szansę na rozumną decyzję: żyć wątpliwymi ideałami lub odejść w realny świat, w którym nie sprawdza się schemat przetrwania za cenę udawania. Twórczo żyć, kochać Boga i ludzi bez rywalizacji i pogoni za wygodnictwem można w harmonijnej rodzinie. I nie ma tu miejsca na kościelne patologie: służalczość i karierowiczostwo.

 

Ktoś może zarzucić, iż przyjmowanie egzystencjalnej zasady według trio: dom, syn, drzewo, jest naiwne i błędne. To rzeczywiście banalne. Jest przecież mnóstwo innych wymiarów, które warunkują i określają życie człowieka.

 

Przykład ten jednak obrazuje dobrze wniosek do jakiego dochodzi się po wielu dywagacjach natury egzystencjalnej: nie można prawdziwie i szczerze żyć rekompensatami, swoistymi odszkodowaniami, zastępczymi celami. Służba Bogu, jaką jest w pewnym wymiarze każde ludzkie życie, polega na podążaniu ku naturalnym celom, do jakich stworzył człowieka Bóg. Dodatkiem może być służba Kościołowi, urzędowo i nieurzędowo, ale nie odwrotnie. Takie rozwiązania nie akceptuje póki co Kościół, ale to nie znaczy, że ma rację. Kto zna historię, ten wie, że stuletni rytm przemian w Kościele, zawsze poprzedzał dramat jednostki.

 

Nierozumne byłoby idealizowanie i absolutyzowanie rodziny jako formy życia. Również tutaj istnieje mnóstwo patologii, niesprawiedliwości i ludzkich dramatów. Tęsknota za ciepłem i bliskością, do których tęsknią wszyscy normalni ludzie, chęć realizowania się w rodzinie, nie wystarczą, aby zboczyć z udeptanej ścieżki kościelno-zakonnej „kariery”. Rozum i refleksyjność, od której nie może stronić wiara, dają natomiast człowiekowi wolność, której brak wszędzie tam, gdzie dominuje bezrozumny tradycjonalizm, celowa formacja o znamionach indoktrynacji oraz poddaństwo kamuflowane górnolotnym wezwaniem do posłuszeństwa i lojalności. A ku wolności wyswobadza nas Pan (Ga 5, 1), czasem wcześniej, czasem później. I właśnie ta rozumna, ludzka wolność każe burzyć zakłamane drogowskazy i kroczyć naturalną drogą. Leszek Kołakowski pisał kiedyś o diabelskiej wolności i determinacji zła. Owa diabelska wolność, która zniewala i ubezwłasnowolnia, najdobitniej widoczna i zakorzeniona jest w Kościele strukturalnym. Tu bowiem panuje przekonanie, że im większy przymus, tym większa wolność i zasługa – niestety jest to teza totalitarna i niechrześcijańska.

 

I jeszcze odnośnie katolickości, która w rozumieniu wielu jest czymś wykluczającym, hermetycznym, tradycyjnym, a w rzeczywistości powinna być czymś ekspansyjnym, otwartym, starym i nowym zarazem: katolickości człowiek nie nauczy się patrząc ze swojego ogródka w „bliską” dal, możliwe jest to jedynie kiedy wzniesie się ponad wszystko i niczym z lotu ptaka spojrzy na świat, człowieka, religię i własny dom. Katolicki to nie tylko wierny katechizmowi i prawu kościelnemu, które stworzone dla instytucji, chronią człowieka, ale też nim manipulują, jak gdyby nie miał własnego rozumu. Katolicki to otwarty na wszystkich i ciekawy wszystkiego, co stworzył Bóg, bo wszystko to jest dobre, tak jak Bóg jest dobry.

 

Poszukiwanie prawdy to raczej proces, o czym winien wiedzieć każdy człowiek Kościoła, a szczególnie decydenci. Nikt nie posiada prawdy, do niej można się jedynie zbliżyć, nawet slogan mówiący, iż Chrystus jest Prawdą, podlega temu prawidłu. Kościół też nie strzeże prawdy tylko do niej podąża, szkoda, że zaborczość ludzi Kościoła w tym względzie nie ustępuje rozumności prawdy.

 

 

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?