Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

 

1. Priorytety polskiego Kościoła

 

Kościół katolicki „trwa” niezmiennie od tysiącleci, choć jego zwierzchnicy ciągle się zmieniają, jedni odchodzą a inni przychodzą. Zdawać by się mogło, że ta zmiana władzy - niczym demokratyczna przypadłość - stanowi zaletę i gwarancję stabilności i trwałości, ale owo niezmienne „trwanie” Kościoła jest zjawiskiem antyrozwojowym i wynika raczej z braku progresu ideowego i ze strukturalnych uprzedzeń do reform. Uniwersalny i gdzieindziej ceniony gwarant postępu, jakim jest rozum, zastygł w zabetonowanej mentalności hierarchów oraz w skostniałym i zabobonnym fundamentalizmie rzymsko-katolickiej tradycji. A wystarczyłoby tylko otworzyć „okno” wiedzy, uchylić „okiennice” prawdziwej historii, nie bać się rozumnej percepcji i zwykłej ludzkiej wrażliwości, co zresztą już w przedsoborowym Kościele XX-go wieku zdawało się być wielką nadzieją na wyczekiwane zmiany. Całkiem niedawno nadzieje te ożyły w kontekście wyboru nowego papieża, prostego i zarazem wielkiego człowieka, który w pojedynkę nie jest jednak w stanie dokonać istotnych zmian w Kościele. Promyk reformatorskiej nadziei zapłonął również przy okazji niedawno odbytego rzymskiego synodu, jednak po jego zakończeniu wszelkie radosne oczekiwania na odnowę Kościoła zamieniły się w lament beznadziei i rozczarowania…

 

W każdym czasie pojawiają się myśliciele, którzy chętnie przepowiadają przyszłość Kościoła. Również w Polsce nie brakuje proroków rozprawiających o stanie polskiej wiary oraz wyrokujących o przyszłości. Jedni wieszczą rychły koniec instytucji kościelnych, inni przepowiadają ich wielką ekspansję. Ci pierwsi przyzwyczajeni do tego, iż papieżem jest Polak, obumierają z tęsknoty za Ojcem narodu i przewodnikiem, który wskaże drogę i podpowie jak żyć. Ci drudzy zamiłowani w nieskrępowanej spontaniczności argentyńskiego papieża, żyją nadzieją na nowe prawo i nowy porządek w Kościele. A konserwatywni intelektualiści spod znaku ostrej jak brzytwa teologicznej myśli niemieckiego papieża wpatrują się z niepewnością w przyszłość, upatrując w niej z tęsknotą nawrotu do tradycji Trydentu i historycznej siły Kościoła. Najoptymistyczniejszą wizję Kościoła mają natomiast obserwatorzy spoza jego szeregów, którzy w niedawnej abdykacji rzymskiego Namiestnika dostrzegają ciekawy trend, który warto by na stałe wprowadzić w praktykę Kościoła - kadencyjność kościelnego urzędu. Wielu dostrzega w tej praktyce szanse na oczyszczenie hierarchii z patologii. Dla polskich hierarchów jest to rzecz raczej nie do pomyślenia. Ci bowiem nie mają zdolności do autorefleksji i samokrytyki, wyśmienicie zaś realizują się jako demagodzy i koneserzy dostatniości. Nie tylko sami rezygnują z myślenia i samostanowienia, ale postawę taką narzucają wiernym, odbierając im wolność wysiłku intelektualnego i swobodę wyrażania własnych przemyśleń na tematy światopoglądowe i kościelne. W tych kwestiach monopol posiada przedstawiciel episkopatu lub jego sekretarz, nawet jeśli żaden z nich nie ma nic mądrego do powiedzenia.

 

Czy należy jednak pasywnie oczekiwać zmian i odnowy w lokalnym Kościele wsłuchując się w głos nacechowanego wąską perspektywą myślenia episkopatu albo w głuchą melodię jaka gra w duszy danego biskupa? Papiestwo i każda władza w Kościele definiuje się oficjalnie od XI wieku jako instancja mająca „zaszczyt” reprezentować Boga na ziemi. Papież i biskupi karzą się postrzegać jako zastępcy Chrystusa i kolejni następcy Piotra. Z ich urzędem związana została gwarancja boskiej prawdy w kwestii wiary i obyczajów. Jest to średniowieczny wynalazek przejęty z najsurowszej dyktatorskiej tradycji, która próbowała władzę papieża cementować na wszechczasy oraz bez umiaru ją absolutyzować. Owa myśl, iż władza kościelna reprezentuje wolę Bożą, nie różni się swą rangą od tej, iż czarownice należy palić na stosie, a niewiernych z krzyżem w ręku wycinać w pień. Te dwie ostatnie tezy zostały na szczęście wymazane z katalogu kościelnych prawideł przez rozwijającą się świadomość i otwartość na inne kultury. Pierwsza jednak pozostała, jako relikt uzurpatorskiej władzy nad rzędem dusz ludzi, którzy od wieków byli postrzegani przez hierarchów jako istoty niemyślące, i które należy smagać surowością prawa i specyficzną interpretacją biblii. Skutkiem tej swoistej „tresury” jest to, iż w dzisiejszym świecie około miliarda ludzi wciąż bezwolnie zadaje sobie pytanie, cóż takiego myśli i mówi na ten czy inny temat papież. Indywidualne interpretowanie rzeczywistości i niezależne nadawanie kształtu własnemu życiu jest praktyką raczej odosobnioną. Prawie nikt dziś nie pyta, czego chciał Jezus i co potrzebuje dzisiejszy człowiek, ale prawie wszyscy zadają sobie pytanie, co na to Kościół? Jest to zadziwiające przestawienie optyki: coś co w najlepszym wypadku może być postrzegane jako środek, ulega cudownemu przeobrażeniu w cel in se. Papieża, który „reprezentuje” Boga, definiuje się w sposób absolutny i nadludzki, rozprzestrzeniając w ten sposób przekonanie, że Bóg koniecznie potrzebuje ludzkiego pośrednictwa, kogoś, kto zaradzi Bożej „niemocy”. Taki model ma już ponad 4000 lat i pochodzi - historycznie rzecz biorąc - z czasów faraona zamieszkującego dolinę Nilu. Papieska koncepcja władzy kontynuuje zaś w sposób jednoznaczny nie służbę na wzór Jezusa, ale hegemonię rzymskich cesarzy kreujących swą władzę na wzór starożytnych faraonów. Tytuł „Pontifex Maximus” i wynikająca z niego uzurpowana władza kościelna, która rości sobie pretensje do roli mediatora między niebem i ziemią, w żadnej mierze nie dają się uzasadnić tym, czego chciał i o czym mówił Jezus. A postępujące ubezwłasnowolnienie umysłu i woli wierzącego nie może być uznawane za wyznacznik miłości do Boga i Jego zastępcy na ziemi. Centralizm i absolutyzm religijnego przywódcy czyni wiernych totalnie zależnymi od swego guru zamiast prowadzić ich ku wolności (por. Ga 5, 1). W ten sposób katolicka religia poprzez zakamuflowane działania i wyrafinowaną manipulację zniewala i ogranicza, kiedy naturalnym dążeniem człowieka jest rozumna niezależność i otwartość na rozwój i postęp. Papież przez swą absolutną władzę, którą deleguje swym poddanym hierarchom, wbija między człowieka a Boga coś w rodzaju klina rozporowego, który tym większą czyni szczelinę oddalającą człowieka od Boga, im bardziej skomplikowane staje się zhierarchizowane pośrednictwo, ograniczające bezpośredniość zaufania człowieka ku Bogu, którą to chciał podarować człowiekowi Jezus. Zły przykład idzie z góry: Papież przywłaszcza sobie boską władzę, biskup chce być w swojej diecezji panem i władcą jak papież w Kościele powszechnym, proboszcz chce być natomiast papieżem w swojej parafii a zakonny przełożony w swojej wspólnocie. Zapach absolutnej władzy otumania, zakłóca ostrość widzenia rzeczywistości i wyzwala chorobliwy pęd do powiększania wpływów i bogactwa, co w konsekwencji prowadzi do alienacji i przedmiotowego traktowania wiernych, wykorzystywania ich do własnych celów oraz do instrumentalizacji Ewangelii. Duch „przedsiębiorczości” i „marketingu” zaczyna dominować nad duchem służby i miłości czyniąc rzeczy święte instrumentem szemranych interesów i zakłamanej polityki.

 

Jaki będzie Kościół w przyszłości zależy w dużej mierze od definicji i zakresu władzy kościelnej, a nie od tego co mówi i myśli biskup czy papież. Duże znaczenie ma też świadomość teologiczna i historyczna wiernych, którzy poznając prawdę o wierze i Kościele, muszą sami wybrać, czy chcą przyjąć proponowaną przez Kościół wiarę i czy chcą przynależeć do Kościoła z taką historią. Przez uwikłanie Kościoła w tworzenie dziejów świata niemożliwe staje się podanie takiej definicji kościelnej władzy i papiestwa, która mogłaby korespondować z przesłaniem Ewangelii. Urząd papieski, który od samego początku został upolityczniony i zakłamany, przemienił Kościół w korporację, która swój cel i dążenia uzależnia od wizji papieża i jego najczęściej fałszywych doradców. Papież z Polski polemizował z marksizmem, bo tak mu kazało jego doświadczenie wyniesione z Ojczyzny. Wszystko co, mogło ocierać się o tezy marksizmu budziły w nim uzasadniony skądinąd dystans a nawet sprzeciw. Papież o doświadczeniu argentyńskim inaczej czuje idee teologii wyzwolenia i potrafi odróżnić zalety od ewidentnych wad teorii marksistowskiej. Każdy papież a za nim każdy biskup to kolejny monarcha, który inaczej rozkłada akcenty władzy, ale wciąż bezprawnie przywłaszcza sobie ten sam atrybut: Boski autorytet. Prezentuje swoją wizję i gromadzi wokół siebie myślących podobnie. Wówczas w zadziwiający sposób Boża wola staje się zależna od konkretnej osoby, jej mentalności, charakteru, stanu psychiki i ducha. Taka sytuacja nie powinna mieć jednak miejsca w zdrowo prosperującej społeczności i w kierującym się rozumem świecie.

 

System, który nie jest budowany i reorganizowany oddolnie poprzez współdecydowanie, wprowadzanie mentalności synodalnej, staje się zjawiskiem irracjonalnym i szkodliwym. Zagraża jednostce i całym wspólnotom, prowadzi do wyzysku i niewolnictwa przyjmującego różnorakie formy. Jak trudno jest taki system zreformować, świadczyć może przykład sowieckiej dyktatury w Rosji, która wraz z pierestrojką pozwoliła rozbudzić nadzieje wielu na zmiany, ale po chwili euforii siła systemu, ugruntowanych struktur i mentalne zniewolenie ludzi przywróciły na nowo imperialistyczno-dyktatorskie tendencje. Nie inaczej zdaje się być dziś w Kościele: po chwilowym powiewie soborowej świeżości, rozpościera się na nowo cuchnący tradycjonalizm i groźny absolutyzm hierarchicznej władzy, która dla obrony systemu i sztucznego podtrzymywania struktur, sięga po niezmienną od wieków stęchłą teologiczną papkę ogłupiającą wiernych i nakazuje im powtarzać bez namysłu zdogmatyzowane, oderwane od rzeczywistości i rozumności twierdzenia. Kultywowanie i egzekwowanie chorego prawa wzmacnia stary system i utwierdza korupcyjną mentalność. Zjawisko to nabiera szczególnie niebezpieczne kształty w Polsce, gdzie wszechobecność hierarchii staje się gangreną Państwa, które przecież przez wieki należało do najbardziej otwartych, tolerancyjnych a przez to postępowych społeczności. Obserwator współczesnej polskiej rzeczywistości może ulec wrażeniu, że w Polsce wszystko poddane jest Kościołowi: przedszkola, szkoły, uniwersytety, zakłady pracy a nawet publiczne instytucje. Nie ma uroczystości państwowej, w której nie brałby udziału przedstawiciel hierarchii. Nie ma żadnej rocznicy ważnych dla Polski wydarzeń, w której reprezentanci Kościoła nie manifestowaliby swojej obecności i dominacji. Nie ma społecznego tematu, którego nie komentowałby przedstawiciel episkopatu. Nie ma dziedziny życia, do której nie mieszałby się jakiś hierarcha.

 

W tym kontekście papiestwo i jego macki w terenie jawią się jako dyktatorski system, który dla utwierdzenia swej władzy wmawia wszystkim, że jest absolutnym reprezentantem Boga na ziemi i dlatego ma prawo być obecnym w każdym momencie życia człowieka i polskiego obywatela. Ale czy Bóg jest istotą, która się narzuca i bez akceptacji woli człowieka ingeruje w jego życie? Bóg jest Absolutem, rzeczywistością przekraczającą wszystkie rzeczywistości. Kościół zaś, jego struktury i wszystkie urzędy, to rzeczywistość względna, na wskroś ludzka, pogmatwana i skorumpowana, fasadowo dostojna i majestatyczna a w istocie zwykła, chwiejna i reformowalna, w żadnej mierze absolutna. Bóg jest niepojęty, Kościół zaś taki jak jego wierni i pasterze: prosty i interesowny, przewidywalny i manipulujący, naiwny i wyzyskujący. Kościół jest więc dziełem człowieka, który chce być jak Bóg, choć brak mu w sobie boskości. Wiedza ta jest właściwie powszechna od czasów humanizmu, reformacji i renesansu, w Polsce jednak to wciąż mądrość nie odkryta, a przez hierarchię skutecznie zagłuszana.

 

Skutkiem dyktatorskiej struktury Kościoła jest fakt, iż kościoły w sposób bardzo wyraźny przerzedzają się. W polskiej społeczności rośnie świadomość, która buduje dystans do zakłamania i powierzchownej religijności. Frekwencja na kościelnych uroczystościach zdecydowanie spada a przeciętna wieku osób zainteresowanych praktykami religijnymi rośnie. W momentach trudnych (np. po katastrofach) lub w okresach tradycyjnych (np. „Boże Narodzenie”, Wielkanoc) hierarchowie odnotowują większe zainteresowanie wiernych, co z kolei jest dla nich okazją do politycznych i światopoglądowych agitacji oraz do uzupełnienia rezerw finansowych. Wtedy to najczęściej odczytywane są tzw. listy pasterskie o przerażającej, merytorycznej pustce. Zamiast tłumaczyć i wykładać Ewangelię, polscy hierarchowie rozpisują się o rzeczach, o których nie mają zielonego pojęcia. Najsmutniejsze jest jednak to, że wmawiają oni słuchaczom jakich powinni dokonywać wyborów i jak powinni żyć, kiedy sami poruszają się poza rzeczywistością i nie wiedzą, co to jest niepewność egzystencji, czym jest codzienny trud o utrzymanie rodziny. Brak odpowiedniej kondycji moralnej oraz dojrzałości intelektualnej, które objawiają się między innymi nieumiejętnością podejmowania niezależnych od Watykanu decyzji, pozbawiają polskich hierarchów społecznego autorytetu. Kiepską jakość kazań, odezw i listów pasterskich przypieczętowuje emanująca z nich egzaltacja autorów. Brak bowiem w episkopacie jednostek wybitnych, które były by w stanie zaoferować współczesnemu Polakowi choćby namiastkę odpowiedzi na nurtujące go pytania. Trudno się temu dziwić, skoro współcześni purpuraci wyrośli na dyktatorskich wzorcach (Stefan Wyszyński, Karol Wojtyła, Józef Glemp), które poprzez dostarczanie gotowych i bezdyskusyjnych odpowiedzi zwalniały ich z myślenia i jakiegokolwiek wysiłku intelektualnego. Smutne jest również to, iż wielu kapłanów mądrych, a przez to otwartych, nie ma szans na reformę skostniałych struktur, ponieważ nie mają oni szans na awans, który w Polsce gwarantowany jest wyłącznie przez mierność i ślepe posłuszeństwo („mierny ale wierny”). Do wielkich wyjątków należy nominacja na biskupa księdza mądrego, życiowego i otwartego na współczesne postulaty i potrzeby człowieka. Kiedy jednak pojawia się taka sytuacja, to tylko w jednym celu: aby zakneblować usta potencjalnego reformatora poprzez upojenie go przepychem biskupiej rezydencji i odurzenie zapachem nieograniczonej, kościelnej władzy. W Polsce nadzieją na nowy model Kościoła był swego czasu promieniujący świeżością umysłu i ducha biskup Życiński, któremu jednak - pewnie z niemocy i braku wsparcia od współbraci - serce odmówiło posłuszeństwa w Rzymie, w samym centrum katolickiego Kościoła. Pośród obecnych hierarchów tylko kilku jawi się jako wyjątkowi i otwarci. Są oni niczym promyk jutrzenki, bądź też jako nieliczni sprawiedliwi, ze względu na których Bóg nie zsyła zagłady na zepsute zgromadzenie opasłych purpuratów: to biskupi reflektujący, młodzi i inteligentni, znawcy historii Kościoła a mimo to wierzący, ludzie o wielkim sercu i nieprzeciętnym rozumie - rarytas, zdrowy zaczyn…

 

Wielkość Kościoła okazuje się w mądrości i sile jego najmniejszych elementów, w sercach i umysłach poszczególnych ludzi. Struktury i systemy zniewalają i odczłowieczają, a nawet powodują zniszczenia na skutek wewnętrznych walk o władzę i wpływy. Kiedy społeczeństwo jest dojrzałe i dostrzega zepsucie systemu i władzy, stara się wówczas zmienić władzę i naprawić system. Jest to bardzo trudne a czasem niemożliwe w systemach totalitarnych oraz w Kościele. Te rzeczywistości muszą ulec samozagładzie, dopiero wówczas pojawi się nadzieja na odbudowanie nowych i zdrowych form, godnych człowieczeństwa i zgodnych z Bożym zamysłem. Dotychczas wydawało się, iż siłą Kościoła jest jego spójność na wzór wiecznego monolitu, którego gwarancją jedności jest urząd i narzucana, nie podlegająca refleksji „prawda wiary”. Odkrywana na nowo przeszłość odmienia jednak teraźniejszość. Poznanie historii Kościoła oraz sposobu powstawania tzw. prawd wiary i metod ich głoszenia, zmusza człowieka myślącego do dystansu wobec zakłamanego systemu i mafijnych struktur. Odpychającym jest również skostniały, niezrozumiały język, w którym głosi się w nachalny sposób zakłamaną kościelną ideologię. Zjawisko to da się uzasadnić tym, iż koncentracja na ochronie struktur i utrzymaniu za wszelką cenę systemu władzy, prowadzi do zaniedbania form odziaływania na zewnątrz. Zaślepienie bogactwem i wygodnictwem wymazuje świadomość istoty Ewangelii i Jej przesłania. W tej perspektywie dziwi brak reakcji wiernych, pośród których jest mnóstwo ludzi światłych. Wielu mimo swej wiedzy i analitycznych zdolności poddają się bezkrytycznie kościelnej indoktrynacji. Jest to poddanie się masowej przeciętności intelektualnej i konformizmowi politycznej poprawności. Kroczenie z prądem zawsze jednak oznaczało przeciętność i słabość. Społeczeństwu w Polsce potrzebne jest więc przebudzenie i zryw, by iść pod prąd. Masowość jest synonimem płytkości i powierzchowności. Zdrowy indywidualizm otwarty na wspólnotę i dobro wspólne daje nadzieje na reformę i postęp.  Zygmunt Freud mówił w dwudziestych latach minionego stulecia, iż religijność masowa jest swego rodzaju kolektywnym, neurotycznym przymusem (kollektive Zwangsneurose). Jeśli więc mówi się o Bogu i praktykuje swą wiarę, bo inni też tak robią, wówczas Boska moc nie jest siłą, która uskrzydla i niesie, która daje odwagę do życia i miłości, która uzbraja w optymizm i zaufanie we własne siły, ale całkiem odwrotnie, owa „Boska moc” wyraża mechanizm poddańczego posłuszeństwa, które każe wyłączyć rozum i inne ludzkie atrybuty. Poddańcze posłuszeństwo zmusza nie tyle do życia głoszoną prawdą, ile do używania sloganów i utartych tez, które choć nieaktualne w treści i formie, to jednak odpowiednie dla kościelnej nomenklatury, tzw. tradycji i korporacyjnej lojalności. Wierni poddani takiej indoktrynacji ulegają magii pojęć, która polega na tym, aby bezmyślnie powtarzać zdania zapisane w kościelnym katalogu dogmatów. To nie życie decyduje o prawdzie, ale formalny dogmatyzm, którego muszą bronić za wszelką cenę teolodzy chcący zrobić karierę w Kościele. Awans i kariera kosztem niewolniczego posłuszeństwa i hipokryzji – to ścieżka rozwoju, na którą mogą się zdecydować tylko nieliczni, pozbawieni poczucia intelektualnej godności i uczciwości. W szeregach hierarchicznego Kościoła jest to jednak powszechna postawa. Znamiennie w tym kontekście brzmią słowa Karola Marksa, który mówiąc o religii, nazywał ją opium dla ludu. Czy religijna indoktrynacja polskiego Kościoła nie jest swoistego rodzaju narkotykiem uzależniającym od siebie wrażliwe, słowiańskie serca? Kiedy w sercu panuje pustka, wówczas łatwo zapełnić je bezrozumną demagogią i prostymi gusłami bez treści. Metoda znana Kościołowi od zarania dziejów.

 

Skostniałym systemem Kościoła może pozytywnie wstrząsnąć – dzięki Bogu – dająca się zaobserwować od jakiegoś czasu tendencja młodych ludzi do odwracania się od kościelnej instytucji. Cieszy też, iż postrzeganie Kościoła jako jedynego nośnika kultury i nauki jest coraz rzadsze, a twierdzenie, że Kościół posiada największe społeczne znaczenie, uważane jest przez większość społeczeństwa jako anachroniczna paplanina hierarchów i ich parobków w szeregach polityków, chcących podreperować swoje ego. Zawsze kiedy przekonanie to dominowało w społeczeństwie, Kościół mógł bez kontroli obławiać się majątkiem i wpływami, a w sytuacji wojny mógł spokojnie stać po stronie mocniejszych, usprawiedliwiając użycie broni w imię Jezusa i wmawiając ludziom najbardziej dziwaczne ideologie. Badacze historii na próżno będą szukać dokumentów i dowodów na to, że to właśnie Kościół zahamował okropności systemów totalitarnych XX-go wieku. Trudno znaleźć jednoznaczne dowody na to, że Kościół i jego przedstawiciele bronili zagrożone nacje przed zagładą ze strony dyktatorów i ich aparatu władzy.  W zamian za to odkryją świadectwa zachowawczej postawy ludzi Kościoła albo nawet dowody dziwnej frazeologii hierarchów, którzy zamiast wzywać wiernych do sprzeciwu wobec dyktatorskiego systemu zniszczenia, głosili niewiarygodne tezy, jak ta wygłaszana przez niemieckiego biskupa polowego o słowiańsko brzmiącym nazwisku – biskupa Rakowskiego: przysięga złożona na Adolfa Hitlera, jest przysięgą na Boga. Dziś wielu skrajnych ideologicznie hierarchów i teologów, szczególnie tych urzędujących w Polsce, chciałoby zapewne głosić tezę, iż przysięga złożona na papieża czy biskupa, jest przysięgą złożoną na Boga. I jak w takiej atmosferze dziwić się ślepemu posłuszeństwu zdezorientowanych wiernych, którzy rezygnując z własnego rozumu chcą być prowadzeni przez pasterzy Kościoła? Ci wykorzystując naiwność szczerego i prostego człowieka chętnie sięgają po najnowsze instrumenty masowego rażenia intelektualnego i propagandowego jakim są skrajne i fundamentalistyczne, katolicko zdeformowane radio i telewizja. Warto jednak postawić publicznie pytanie dokąd zmierza i dokąd prowadzi nas taki Kościół: ku Bogu czy absurdom?

 

Obserwacja polskiej rzeczywistości ostatnich lat prowadzi do wniosku, że Kościół zajął pozycję nie po stronie człowieka, ale po stronie systemów, które gwarantują mu swobodę działania i komfort dysponowania majątkiem. Priorytetem polskiego Kościoła nie jest dążenie do prawdy i służba człowiekowi, ale szerzenie zaściankowej ideologii służącej obronie status quo przestarzałej instytucji. A przecież centrum zainteresowania Kościoła powinien być człowiek: wątpiący, poszukujący, cierpiący, samotny, biedny… Tymczasem zapatrzona w siebie i swoje przywileje hierarchia dopatruje się kryzysu Kościoła w narastającej ateizacji społeczeństwa, w odejściu człowieka od dekalogu i jego pochodnych, w otwarciu się na postęp i nowości, jakie niesie ze sobą nauka i poznanie świata. Nikt z hierarchów nie chce zauważyć, że to Kościół porzucił człowieka. Wyrazem tego porzucenia jest 1) nawrót Kościoła do anachronicznej teologii dogmatycznej, której miarą nie jest rozum i Ewangelia, ale jej użyteczność dla hierarchicznego systemu; 2) lansowanie regresyjnej i sprzecznej z poznaniem człowieka teologii moralnej, która poprzez swój rygoryzm i apatię do rozumności staje się nieludzkim prawem; 3) marnotrawienie ludzkiego potencjału poprzez sztuczne podtrzymywanie niewolniczych struktur zakonnych, które łamią charaktery, gaszą ambicje, okradają społeczeństwo - podobnie jak struktury diecezjalne - poprzez zachłanność w korzystaniu z publicznych środków przy równoczesnym minimalizowaniu wkładu własnego do budżetu państwa; 4) intelektualne okaleczanie kandydatów na kapłanów poprzez ukierunkowaną indoktrynację ograniczającą wolność myślenia i przepowiadania; 5) wynikające stąd mentalne, światopoglądowe i intelektualne ubezwłasnowolnienie wiernych („jaki pan, taki kram”) i ich materialny wyzysk. Największym wyrazem pogardy i odejścia od człowieka jest egzaltacja kościelnych funkcjonariuszy, zajętych celebracją swoich przywilejów i lekkiego życia przy równoczesnym stawianiu ciężarów i wymagań nie do uniesienia zwykłym wiernym. Odpowiedzią społeczeństwa powinno być w tej sytuacji dążenie do odebrania "kościelnych" majątków i przywrócenia ich moralnie prawowitym właścicielom - wiernym, którzy organizując się w stowarzyszenia i fundacje sami mogliby zarządzać swoją wspólną własnością. Zapewne konfiskata mienia nie uzdrowiłaby kręgosłupa moralnego hierarchicznego kleru ale być może pozwoliłaby ukierunkować jego tok myślenia na rzeczy najistotniejsze: rozumną wiarę i realną miłość bliźniego. 

 

Odwrócenie się Kościoła ku systemom i instrumentom władzy zawsze prowadziło do patologii. Niestety historia lubi się powtarzać, również w Polsce, gdzie kościelni demagodzy za wszelką cenę chcą wpływać nie tylko na władzę ale i na całokształt życia społecznego. Wielu polityków, moralnie i intelektualnie słabych, łasi się hierarchom i szuka u nich wsparcia, a ci bezmyślnie wskazują swych protegowanych oczekując od nich odwzajemnienia w postaci zapisów prawnych warunkujących obyczajowość Polaków i zapewniających unijne dotacje na kościelne budowle wątpliwej konieczności. Trwający od lat spór o kształt funduszu kościelnego pokazuje nader wyraźnie jak bezradny jest rząd świeckiego Państwa wobec pretensjonalnej machiny Kościoła reprezentowanej przez zachłannych dygnitarzy w sutannie. Sytuacja ta pokazuje dość wyraźnie, iż pazerność, żądza władzy i niepohamowana skłonność do narzucania swej wizji świata innym są niczym strukturalny „grzech pierworodny” hierarchów przekazywany wraz z sakrą biskupią. Debata kleru o likwidacji funduszu kościelnego przypomina jako żywo znaną historykom sytuację, jaka powstała tuż po ogłoszeniu Konstytucji 3 maja w 1791 roku. Wtedy to część polskich biskupów działając z rozkazu papieża i jego nuncjusza w Polsce wolała układać się z Rosją w Targowicy i dopuścić do rozbiorów Polski, niż narazić się na utratę swych wpływów i majątku poprzez aprobatę i wspieranie Konstytucji[i]. „Łaska” święceń zamiast wypełniać „namaszczone” serca ewangeliczną miłością, pragnieniem pokoju i zgody narodowej, czyni z nich bezduszne maszyny do okradania nieświadomych wiernych, zabijania w nich ducha wolności i radosnego postrzegania świata. Działanie „łaski” zdaje się być tu nieskuteczne wobec zepsucia natury i umysłu dotkniętego strukturalną zgnilizną hierarchy, który nie potrafi funkcjonować bez walki z rzeczywistym bądź wydumanym wrogiem: z genderyzmem, homofilią, oświeceniem, postępowością, w końcu z  najzwyklejszą normalnością, która niejednokrotnie definiowana jest tu jako grzeszna.

 

Współczesny, przeciętny Polak może czuć się opuszczony przez swój Kościół i jego funkcjonariuszy, jednak mimo to rozumie doskonale przesłanie Ewangelii: wiara nie jest środkiem do władzy i nie ma czynić człowieka Bogiem, ale przeciwnie powinna uczyć go ducha służby i czynić bardziej ludzkim; prawdziwa wspólnota Kościoła nie jest instytucją panów i ich służących, ale rzeczywistością noszącą znamiona kochającej się rodziny dbającej o swoich członków bez względu na ich zasługi i kondycję moralną; religia to nie jakiś zbiór trącących zabobonem guseł i form kultu, ale osobowa relacja z Bogiem, którego należy dostrzegać w drugim człowieku i otaczającej człowieka naturze. Jeśli religia i Kościół pomija człowieka i jego dobro, a koncentruje się tylko na swoich strukturach i wytartych formach, to znaczy, że są zbyteczne a nawet społecznie szkodliwe i należy je wyeliminować z publicznego życia.

 

Prawdziwe chrześcijaństwo jest czymś wyjątkowym, szczególnie wówczas kiedy odróżnia się od przerośniętego formalizmem judaizmu i agresywnego islamu - religii opartych na surowych, nieraz nieludzkich prawidłach i nieżyciowych normach. Chrześcijaństwo jest w swej istocie religią wyzwolenia, odrodzenia i uwolnienia z niewoli skostniałego prawa, faryzejskich systemów oraz struktur służących jedynie grupie trzymającej władzę. Jezus głosił wolność i gromadził wokół siebie ludzi szukających wolności, ludzi, którzy się pogubili lub według społecznych reguł byli już pogubieni: żebraków, celników, wszystkich stojących poza prawem. Ludzie ci nigdy nie mogli zbliżać się do miejsc, które uznawano za miejsca święte i które były osiągalne jedynie dla możnych i faryzejskiej hierarchii. Jezus chciał, aby zaprzestano nadużywać Bożego imienia i czci, aby przestać mówić o Bogu jako strażniku prawa i mściwym władcy. Jezus chcąc pokazać człowiekowi swojego Ojca głosił prawdę o człowieku, który dla własnego dobra i dobra innych musi stawać się w pełni człowiekiem, być gotowym do wyrzeczeń i ofiary. Głównym powołaniem człowieka jest bycie dobrym tak jak Bóg jest dobry (por. Mt 5, 48). Człowiek z kolei może być o tyle dobry, o ile sam doświadczył dobra. Dlatego chrześcijaństwo niesie ze sobą wielką terapeutyczną siłę: emanując mądrością i dobrem może człowieka uczynić lepszym. Hierarchia Kościoła w Polsce zdaje się mieć inną wizję: chrześcijaństwo ma służyć rządzącym i zapewniać dostatnie życie otyłym stróżom kościelnych struktur; wierzący mają się intelektualnie i majątkowo umniejszać, aby słudzy ołtarzy mogli wzrastać i się bogacić. Spojrzenie na taki kościelny świat budzi mimo woli skojarzenie ze środowiskiem, do którego przyszedł kiedyś Jezus: do faryzejskiej hierarchii kapłanów oraz do biednego i zdezorientowanego człowieka. Stąd wewnętrzny głos poczciwego i myślącego chrześcijanina każe mu wołać co tchu: Maranatha, przyjdź Panie Jezu!

Najmilsze święto chrześcijan to obchodzone co roku Narodzenie Pańskie, Wcielenie „Syna Bożego”. Wzmożona tęsknota współczesnego Polaka za Wcielonym w człowieka Bogiem zdaje się być reakcją na opłakany stan Kościoła i jego sług. Zewnętrzny obserwator hierarchicznego Kościoła może mieć nieodparte wrażenie, że Bóg rzymskiego Kościoła katolickiego „wcielił” się w pieniądz i władzę, które to kościelni hierarchowie, odziani w strojne purpury, otaczają boskim kultem. Polska to chrześcijański kraj oddany prawom Ewangelii, choć zagubiony przez demagogię stróżów rzymskiego interesu i skorumpowanych struktur polskiego sakro-biznesu. Warto otworzyć publiczną debatę nad tym, jak oczyścić polski naród od tej epidemii i jak na nowo zachwycić Ewangelią tych, którzy przez Kościół w nią zwątpili? Nieodzowne zdaje się tu być poznanie historycznej prawdy, która otwiera oczy i serce, wyzwala z niewoli ducha i umysłu, a nade wszystko daje komfort własnej oceny i dojrzałego wyboru.

                                              czytaj dalej                             

[i] O. Beiersdorf, Papiestwo wobec sprawy polskiej w latach 1772-1864, Wrocław 1960. B. Plongeron, Die Geschichte des Christentums. Aufklärung, Revolution, Restauration (1750-1830), Freiburg-Basel-Wien 2010, 190-201.

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?